W tym roku kilka znanych osób sprzedawało akcje w założonych przez siebie firmach. Pytanie dlaczego?
Najpierw zestawienie kto sprzedał i za ile: Czytaj dalej Dlaczego założyciele sprzedają akcje?
W tym roku kilka znanych osób sprzedawało akcje w założonych przez siebie firmach. Pytanie dlaczego?
Najpierw zestawienie kto sprzedał i za ile: Czytaj dalej Dlaczego założyciele sprzedają akcje?
Jeśli nie czytaliście jeszcze książki Erica Schmidta, to przynajmniej zobaczcie tą rozmowę autorów o książce z Marissą Mayer.
A poniżej moja recenzja
Eric Schmidt i Jonathan Rosenberg napisali książkę, która na pierwszy rzut oka wygląda jak kolejny podręcznik zarządzania oparty na sukcesie jednej firmy. Takie książki mają zwykle krótki termin przydatności. Opisują praktyki organizacji, która odniosła sukces, a następnie przedstawiają je jako uniwersalne zasady. „Jak działa Google” jest jednak ciekawsza, ponieważ nie koncentruje się wyłącznie na tym, co Google robi, lecz próbuje wyjaśnić, dlaczego tradycyjne metody zarządzania coraz gorzej pasują do gospodarki opartej na wiedzy, technologii i innowacji.
Autorzy są insiderami. Eric Schmidt jest CEO Google od 2001 roku, a Jonathan Rosenberg odpowiadał za rozwój produktów. Piszą więc z pozycji ludzi, którzy uczestniczyli w przekształcaniu młodej firmy internetowej w jedną z najważniejszych korporacji świata. To zarazem największa zaleta i największa słabość książki. Czytelnik otrzymuje dostęp do sposobu myślenia kierownictwa Google, ale nie może oczekiwać chłodnej, krytycznej analizy. Obaj mają znaczące pakiety akcji i to też nie pozostaje bez wpływu na książkę.
Centralną postacią książki jest „smart creative”, czyli pracownik łączący wiedzę techniczną, rozumienie biznesu, kreatywność i zdolność samodzielnego działania. To nie jest klasyczny specjalista zamknięty w swojej dziedzinie ani menedżer, który przede wszystkim koordynuje pracę innych. To człowiek, który rozumie produkt, klienta, technologię i model biznesowy, a przy tym nie potrzebuje szczegółowych instrukcji.
Zdaniem Schmidta i Rosenberga organizacja przyszłości powinna być budowana właśnie wokół takich ludzi. Nie należy ich nadmiernie kontrolować, lecz trzeba im stworzyć warunki, w których będą mogli szybko eksperymentować, wymieniać informacje i podejmować decyzje. W tym sensie książka jest frontalnym atakiem na tradycyjny model korporacyjny: wielopoziomową hierarchię, rozbudowane procedury, politykę organizacyjną i władzę opartą na dostępie do informacji.
To przesłanie brzmi dziś przekonująco. Internet rzeczywiście przyspieszył cykl życia produktów, obniżył bariery wejścia i zwiększył siłę klientów. Firma nie może już zakładać, że jej pozycja rynkowa będzie chroniona przez skalę działania, przez markę albo przez sieć dystrybucji. Może zostać zaatakowana przez przedsiębiorstwo, które jeszcze kilka lat wcześniej nie istniało. W takich warunkach przewagą staje się nie tyle posiadanie planu, ile zdolność szybkiego uczenia się.
Autorzy przekonują, że strategia powinna zaczynać się od produktu. Najpierw należy stworzyć coś rzeczywiście wartościowego dla użytkownika, a dopiero później szukać sposobu monetyzacji. To podejście dobrze oddaje historię Google, które zbudowało swoją pozycję dzięki jakości wyszukiwarki, a następnie stworzyło wokół niej model reklamowy.
Ta zasada ma jednak ograniczenia. Google może sobie pozwolić na eksperymenty, ponieważ dysponuje ogromnymi zasobami finansowymi i bardzo rentownym podstawowym biznesem. Firma przemysłowa, bank czy średniej wielkości przedsiębiorstwo usługowe nie zawsze może przez długi czas rozwijać produkt bez jasnego modelu przychodowego. „Najpierw użytkownik” jest dobrą zasadą orientacyjną, ale nie zwalnia z pytania o ekonomiczną trwałość przedsięwzięcia.
Najbardziej praktyczne rozdziały dotyczą rekrutacji. Autorzy twierdzą, że zatrudnianie ludzi jest zbyt ważne, aby pozostawić je wyłącznie działowi personalnemu lub bezpośredniemu przełożonemu. Każdy nowy pracownik wpływa na jakość całej organizacji, dlatego kandydat powinien być oceniany przez kilka osób, także spoza zespołu, do którego ma trafić.
Szczególnie cenna jest zasada, aby zatrudniać ludzi lepszych od siebie. W wielu firmach działa mechanizm odwrotny. Menedżerowie wybierają osoby kompetentne, ale nie na tyle silne, aby zagrozić ich pozycji. W efekcie organizacja stopniowo obniża poziom. Google stara się temu przeciwdziałać, oddzielając decyzję rekrutacyjną od interesu jednego przełożonego.
Autorzy są też nieufni wobec nadmiernie precyzyjnych opisów stanowisk. W szybko rozwijającej się firmie zakres obowiązków zmienia się szybciej niż struktura organizacyjna. Lepiej zatrudnić osobę zdolną do uczenia się niż idealnie dopasowaną do obecnego stanowiska. Jest to jedna z tych zasad, które można zastosować także poza branżą technologiczną.
Interesujące są również rozważania o podejmowaniu decyzji. Google chce być organizacją opartą na danych, ale autorzy nie traktują danych jako substytutu myślenia. Fakty mają dyscyplinować dyskusję, nie kończyć jej automatycznie. Zachęcają do sporów, kwestionowania opinii przełożonych i unikania pozornego konsensusu.
To ważna uwaga, ponieważ wiele firm deklaruje otwartość, a w praktyce nagradza zgodność. Schmidt i Rosenberg proponują model, w którym przed podjęciem decyzji konflikt jest pożądany, ale po jej podjęciu organizacja powinna działać wspólnie. Taki model wymaga jednak wysokiego poziomu zaufania i dojrzałości. W organizacji o silnej polityce wewnętrznej spór o idee łatwo zmienia się w konflikt personalny.
Książka dużo mówi o transparentności. Informacja nie powinna być narzędziem władzy, lecz zasobem dostępnym szeroko. Pracownicy mają rozumieć, co dzieje się w firmie, jakie są priorytety i dlaczego podejmowane są określone decyzje. Cotygodniowe spotkania z kierownictwem, otwarte pytania i częsta komunikacja mają ograniczać powstawanie silosów.
Także tutaj pojawia się pytanie o skalę. To, co działało w młodym Google, może być trudniejsze w organizacji zatrudniającej dziesiątki tysięcy ludzi. Im większa firma, tym większe ryzyko, że otwartość zamieni się w nadmiar informacji, a szeroka dyskusja w spowolnienie decyzji. Autorzy dostrzegają ten problem, ale nie poświęcają mu tyle miejsca, ile należałoby oczekiwać.
„Jak działa Google” jest również książką o szybkości. Lepiej zbudować nieidealny produkt, udostępnić go użytkownikom i poprawiać na podstawie ich reakcji, niż przez wiele miesięcy pracować nad rozwiązaniem doskonałym. To filozofia bliska metodom zwinnego zarządzania i koncepcji lean startup.
Wiele firm mogłoby skorzystać z takiego podejścia. Organizacje często przeceniają koszt błędnej decyzji, a nie doceniają kosztu zwłoki. Zbyt długie analizy dają poczucie bezpieczeństwa, ale mogą prowadzić do utraty rynku. Trzeba jednak pamiętać, że nie każda branża pozwala na wypuszczanie niedoskonałych wersji produktu. W oprogramowaniu błąd można naprawić aktualizacją. W bankowości, medycynie czy transporcie lotniczym koszt takiego błędu może być znacznie wyższy.
W książce wyraźnie pobrzmiewa przekonanie, że innowacja wymaga tolerancji dla niepowodzeń. Autorzy odróżniają błąd wynikający z eksperymentu od błędu będącego skutkiem zaniedbania. Pierwszy może być wartościowy, jeśli prowadzi do szybkiego uczenia się. Drugi nie powinien być usprawiedliwiany kulturą innowacji.
To trafne rozróżnienie. W wielu organizacjach „prawo do błędu” jest albo całkowicie negowane, albo używane jako wygodne hasło. Schmidt i Rosenberg przypominają, że eksperyment powinien mieć hipotezę, mierzalne wyniki i granice ryzyka. Innowacyjność nie oznacza dowolności.
Największą słabością książki jest ton samozadowolenia. Google występuje tu niemal jako wzorcowa organizacja, która dzięki inteligencji, otwartości i koncentracji na użytkowniku nauczyła się unikać typowych błędów korporacji. Autorzy wspominają o porażkach, ale zwykle przedstawiają je jako element procesu uczenia się, a nie dowód głębszych napięć.
Brakuje mocniejszego pytania o sprzeczność między deklaracją działania w interesie użytkownika a modelem biznesowym opartym na reklamie i gromadzeniu danych. Google twierdzi, że najpierw służy użytkownikom, ale to reklamodawcy są źródłem przychodów. Książka nie analizuje szerzej ryzyka, że interes obu grup może się kiedyś rozejść.
Nie znajdziemy tu również pogłębionej refleksji nad rosnącą pozycją rynkową firmy. W 2014 roku Google nie jest już buntowniczym startupem. Jest globalną korporacją dominującą na rynku wyszukiwania internetowego, mobilnych systemów operacyjnych i reklamy cyfrowej. Organizacja, która zaczynała jako przeciwnik skostniałych struktur, sama staje przed ryzykiem ich stworzenia.
To właśnie napięcie jest najciekawszym, choć nie do końca rozwiniętym tematem książki. Czy firma może utrzymać kulturę eksperymentowania, gdy zatrudnia kilkadziesiąt tysięcy ludzi? Czy transparentność przetrwa wzrost skali? Czy menedżerowie nadal będą zatrudniać ludzi lepszych od siebie, gdy stawką stanie się władza w jednej z najważniejszych firm świata? Czy koncentracja na użytkowniku pozostanie najważniejsza, gdy oczekiwania inwestorów będą coraz większe?
Na te pytania książka nie daje przekonujących odpowiedzi. Autorzy opisują przede wszystkim mechanizmy, które pozwoliły firmie rosnąć. Mniej uwagi poświęcają temu, jak chronić kulturę, gdy organizacja sama staje się instytucją.
Mimo tych zastrzeżeń jest to jedna z ciekawszych książek o zarządzaniu. Nie dlatego, że zawiera gotowy model do skopiowania. Próba kopiowania Google byłaby zresztą nierozsądna. Firma działa w szczególnej branży, zatrudnia wyjątkowo selekcjonowanych ludzi i dysponuje zasobami, których większość organizacji nie ma.
Wartość książki polega na czymś innym. Zmusza nas do zadania kilku niewygodnych pytań w odniesieniu do naszej organizacji. Czy najlepsi pracownicy w naszej firmie mają wystarczającą autonomię? Czy informacja krąży swobodnie, czy może jest źródłem władzy i dlatego bywa racjonowana? Czy rekrutujemy ludzi lepszych od siebie? Czy spory dotyczą idei, czy pozycji? Czy procedury pomagają działać, czy jedynie chronią menedżerów przed odpowiedzialnością? Czy szybkość uczenia się jest ważniejsza od zgodności z planem?
Google wydaje się organizacją, która najlepiej zrozumiała logikę gospodarki cyfrowej. Nie wiadomo jeszcze, czy jej model okaże się trwały. Być może największym testem nie będzie dalszy wzrost, lecz zdolność uniknięcia losu firm, które sama wcześniej wyprzedziła.
Książkę „Jak działa Google” gorąco polecam. Od obu autorów można się sporo nauczyć.
Zmusiłem się w końcu do doczytania kolejnej książki o Google, zwłaszcza, że w wersji papierowej przeleżała się 5 lat na półce, a jako audiobook – zapodziała się w czeluściach twardego dysku na ponad 2 lata.
Nie wiem, dlaczego tak trudno przychodziło mi jej dokończenie. Być może dlatego, że czytałem ją już uprzednio w kawałkach na blogu autora. Może odkładałem ją ze względu na styl, który mi nie pasuje i nieco mnie denerwuje? A może powód był bardziej osobisty? Po prostu Jarvis opisał moje przemyślenia w kilku obszarach i zrobił to przede mną…
W każdym bądź razie przez książkę warto się będzie przedrzeć – zwłaszcza, że jest wersja polska: „Co na to Google” – cena w księgarni naukowej też nie jest wygórowana.
Wbrew tytułowi książka wcale nie jest o Google – opisuje zmiany, które zachodzą w świadomości społecznej po upowszechnieniu internetu. Autor próbuje pokazać jakie będą logiczne konsekwencje tych zmian. Wyjaśnia dlaczego gazety tracą czytelników, dlaczego spada widownia tradycyjnych programów telewizyjnych, dlaczego szkoły powinny zmienić programy nauczania, a przede wszystkim – jak bardzo genialny jest blog autora i jego przemyślenia.
Autopromocja, autopromocja i autopromocja… Trzeba mu jednak przyznać, że chyba skuteczna.
Gdy Jeff kupił laptopa Della i zapłacił za dodatkową gwarancję napraw domowych, z których nie mógł skorzystać, napisał na swoim blogu Dell lies. Dell sucks. Nieco to rozpromował, wywiązała się całkiem spora akcja, dostał zwrot pieniędzy i kupił sobie Apple.
Na tym mogłoby się skończyć, ale przecież jako genialny blogger nie mógł tego tak zostawić. Przygotował case study – jak radzić sobie z niezadowolonym klientem (blogerem). Jeździł później przez kilka lat ze szkoleniami i wykładami, by w końcu opisać to w pierwszym rozdziale omawianej lektury…
Ech, może i ja powinienem spróbować swojej skuteczności z butami Asics’a, które rozerwały się na cholewce po mniej niż 100 km. biegu…
Wracając do Jarvisa – jest sporo ciekawych historii i choć książka jest nieco przydługa na plażową lekturę nadaje się całkiem nieźle. Ja idę się teraz rozbiegać w lesie.
Wczoraj przez ponad 5 godzin w samochodzie słuchałem audiobooka Kena Auletty „Googled”. Dziś musiałem doczytać. Jutro zapewne będę wyszukiwał fragmenty w Google Books.
Dla kogoś, kto tak jak ja, śledzi na bieżąco raporty roczne Google, Amazona, Facebooka i innych firm nowych technologii – rewelacji nie ma. Jest natomiast ładna narracja, która może wprowadzić w temat osoby postronne.
W pamięci zostanie mi kilka ilustracji, które będę mógł wykorzystywać na szkoleniach.
Odkrycie, że przyszłość mediów została przewidziana znacznie wcześniej, niż myślałem i że początek umierania incumbentów był znacznie dłuższy – to lekcja, że sygnałów wczesnego ostrzegania trzeba szukać gdzie nie tam, gdzie dotychczas szukano; zanim pojawią się w sprawozdaniach finansowych, jest już pozamiatane.
Na marginesie jest też coś, co daje do myślenia – multitasking nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem, ale gdy musimy koncentrować się na drodze albo na innych czynnościach, a mózg próbuje sobie poradzić z pewnymi informacjami – tylko tymi, które uderzają w jakieś struny – przekazuje je do podświadomości. Pomysły rosną. Dziś tego doświadczam.
Od kilku lat chodzi mi po głowie pomysł, że prawa autorskie przestaną wkrótce obowiązywać. Jest wiele powodów, dla których dochodzę do takich konkluzji – poczynając od bezsensownych patentów, poprzez wyspecjalizowane sądy wykorzystywane przez globalnych graczy „patentowych” po ilość informacji generowanej przez miliony niezależnych źródeł. I wreszcie, przy lekturze, dotarło do mnie, że Google powstało tylko dlatego, że nikt nie powiedział założycielom iż naruszają prawa autorskie na masową skalę. Otóż, by umożliwić wyszukiwanie, Google skopiował cały internet i do tego zrobił to w celach komercyjnych – już to jest naruszeniem prawa autorskiego i więcej nie trzeba dyskutować. To złamanie prawa zmieniło reguły gry na tyle, że „zwycięzcy nie będą sądzeni” – nie, żebym zachęcał do łamania prawa, ale pokazuję, że z tego tylko powodu prawo zapewne się zmieni. OK, Google polega w dużej mierze na prawach autorskich, ale to chyba tak, jakbyśmy w nowoczesnej fabryce utrzymywali stare maszyny parowe – użytku z nich nie będzie zbyt wiele, a nowe rozwiązania powstają w tej chwili w dużej mierze w oparciu o open source, albo w oparciu o źródła, które sobie praw autorskich nie chcą z różnych powodów zatrzymać.
Książki nie ma w języku polskim. Ale też osoby, które zechcą z niej skorzystać, zapewne poradzą sobie doskonale z językiem angielskim. Coraz częściej dociera do mnie, że w rynku docelowym na książki biznesowe czytelnicy wolą czytać w oryginale. W ciągu najbliższych kilku lat, Google zafunduje nam zapewne tłumaczenie kontekstowe oparte na AI, które pozwoli nam przełączać się płynnie pomiędzy językami bez szkody dla treści i estetyki. Dostaniemy też „samojazdy „® – słowotwórstwo moje – by odróżnić je od „samochodów”.
Zachęcam do lektury – szczególnie dobrze nadaje się na plażę 🙂 Ken Auletta, Googled. The End of the World As We Know It
Obejrzałem dziś rano walne akcjonariuszy Google i mam mieszane uczucia. Nie wiem czy dlatego, że Eric Schmidt rozpoczął od „najważniejszego pytania dnia” – Jak smakowało jedzenie? – po czym stwierdził, że była to największa wartość dodana dla akcjonariuszy, wynikająca z walnego zgromadzenia.
Odczułem to jako pogardę dla akcjonariuszy przebijającą przez „dowcip”, od którego chciał zacząć spotkanie. Po obejrzeniu tego kiepskiego „przedstawienia”, bo tak można spokojnie określić Google AGM, pozostaje mi duży niesmak. Owszem, jestem w stanie zrozumieć, dlaczego Google rozwadnia prawa głosów dotychczasowych akcjonariuszy (chcą koncentrować się na długoterminowych projektach, a nie krótkoterminowych zyskach – i chwała im za to!), nie chce płacić większych podatków, nie chce większościowych decyzji przy głosowaniu każdego z dyrektorów osobno, itd. itp. Ale, z drugiej strony, można było to samo osiągnąć z większą klasą – vide Warren Buffet i jego słynne wydarzenia pt. „Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy”. To nie tylko okazja do poprawy relacji inwestorskich, ale i do wygenerowania dodatkowej reklamy i sprzedaży dla spółek zależnych! Tak, sprzedaży, bo w trakcie AGM Berkshire Hathaways sprzedaje się akcjonariuszom bardzo dużo produktów.
Interbrand jak co roku opublikował wczoraj raport na temat wartości najlepszych marek. Możecie go pobrać tutaj.
Po raz pierwszy w historii tej publikacji zmieniła się marka na pozycji 1 – do tej pory zajmowanej przez Coca Colę. W zasadzie to spodziewałem się tego już kilka lat temu i być może wniosek z tego taki, że wycena marki opóźniona jest w relacji do rzeczywistości. Czytaj dalej
Obejrzałem dość kiepską prezentację nowego produktu Facebooka. Zuckerbergowi brakuje charyzmy Jobsa – widać, że był spięty i brak mu umiejętności aktorskich. Produkt też nie jest rewelacyjny – rewolucji nie będzie.
Co innego zastanowiło mnie jednak na marginesie tej prezentacji. Otóż, Facebook chce startować na pierwszym planie, odsuwając system operacyjny Google’a na boczny tor (niewidoczny dla większości zwykłych użytkowników). Tym samym odsuwa od Googla przychody z wyszukiwania (na FB funkcjonuje konkurencyjny Bing Microsoftu). Czytaj dalej
Czy jedzenie było dobre i czy oglądaliście demonstracje? – od tych dwóch pytań zaczyna się WZA Google. Larry stracił głos i dlatego nie występuje. Zamiast niego spotkanie poprowadził Eric Schmidt.
Zobaczcie zresztą sami. Do 22 minuty w zasadzie kończy się całe walne (głosowania) Czytaj dalej
Analizowałem wczoraj wyniki finansowe Google za pierwszy kwartał 2012 i nagle uderzyło mnie, jak bardzo aktualne są wyniki badań nad czynnikami sukcesu w okresie recesji (KPMG 1993 – Wielka Brytania).
Wszystkie najlepsze firmy mają obecnie dużo gotówki, brak kredytów bankowych, wydają dużo na badania i rozwój. Zarządzane są też przez założycieli i ogłaszają strategie organicznego wzrostu, zamiast przejmować inne firmy.
Właśnie ogłoszono wyniki pierwszego kwartału 2012 Google Inc.
Przychody rosną, zyski także, nieco tylko spada marża operacyjna (-1%). W zasadzie nie ma się do czego przyczepić. Nawet efektywna stopa podatku im wzrosła – czyżby społeczna odpowiedzialność? Nie, raczej konieczność – mieli zrealizowane zyski kapitałowe i zyski z operacji międzynarodowych, gdzie musieli zapłacić wyższe stawki podatku.
Przepływy środków pieniężnych – rewelacyjne. Być może dlatego mają problem z gotówką – jest jej po prostu za dużo!
Trendy – w trakcie prezentacji mówili o kilku bardzo ciekawych: Czytaj dalej
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.