Kiedy „Enshittification” Cory Doctorowa zaczęła krążyć w obiegu intelektualnym – najpierw jako esej, potem jako książka – łatwo było ją zlekceważyć jako efektowną metaforę, która miała przyciągnąć kliki. Kolejne modne słowo, które przez chwilę pożyje na konferencjach technologicznych, a potem zniknie w archiwach internetu, obok „Web 2.0” i „sharing economy”. A jednak Doctorow zrobił coś znacznie trudniejszego: nazwał z chirurgiczną precyzją zjawisko, które większość z nas od dawna intuicyjnie czuła, ale nie potrafiła uchwycić.
Jego teza jest prosta, niemal banalna – platformy cyfrowe zaczynają od służenia użytkownikom, potem zaczynają służyć biznesom, a na końcu wyłącznie sobie. I właśnie ten ostatni etap, w którym wszystko staje się gorsze, bardziej irytujące, mniej uczciwe, a jednocześnie trudniejsze do opuszczenia, Doctorow nazywa „enshitification”.
Siła tej książki polega na tym, że nie jest to jedynie opowieść o technologii. To raczej studium władzy i bodźców ekonomicznych. Doctorow – z właściwą sobie ironią i lekkością – pokazuje, że degradacja jakości nie jest wypadkiem przy pracy, ale logicznym skutkiem struktury rynku. Monopole, efekty sieciowe, brak realnej konkurencji – to mechanizmy, które wprost przekładają się na nasze codzienne doświadczenia: gorsze wyszukiwarki, zalane reklamami platformy, coraz bardziej absurdalne modele subskrypcyjne.
I tu właśnie pojawia się myśl, która aż prosi się o dopowiedzenie – myśl, z którą trudno się z Doctorowem nie zgodzić, ale którą warto rozciągnąć poza świat Big Techu.
Bo czy naprawdę chodzi tylko o platformy cyfrowe?
Trudno oprzeć się wrażeniu, że „enshitification” nie jest już tylko zjawiskiem branżowym. Z cyfrowego świata przeniosła się w świat realny jako zjawisko kulturowe. Prasa, która kiedyś aspirowała do roli czwartej władzy, coraz częściej przypomina fabrykę klików. Telewizja – nawet ta informacyjna – operuje logiką bodźców bardziej niż logiką prawdy. Radio, które kiedyś było przestrzenią rozmowy, dziś bywa tłem dla algorytmicznie zaprojektowanego „flow”. Nawet wydawnictwa książkowe, które w XX wieku były bastionem jakości i redakcyjnej selekcji, coraz częściej poddają się presji rynku: szybciej, więcej, bardziej przewidywalnie.
Poszedłbym jeszcze dalej. „Enshitification” to już nie tylko opowieść o mediach i o technologii, ale o całej gospodarce późnego kapitalizmu. O produktach, które są coraz mniej trwałe, usługach, które są coraz bardziej fragmentaryczne, doświadczeniach, które są coraz bardziej zoptymalizowane pod kątem krótkoterminowego zysku, a coraz mniej pod kątem długoterminowej wartości. W tym sensie Doctorow nie opisuje wyjątku – opisuje regułę.
Najciekawsze w tej książce jest jednak to, że nie popada ona w tani pesymizm. Doctorow nie jest nostalgikiem opłakującym utracony internet lat 90. Jest raczej realistą, który rozumie, że systemy psują się nie dlatego, że ludzie są źli, ale dlatego, że działają zgodnie z logiką bodźców. A jeśli tak, to – przynajmniej teoretycznie – można te bodźce zmienić.
Problem polega na tym, że czytając „Enshittification”, trudno oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy już głęboko w trzeciej fazie – tej, w której system służy głównie sobie (i właścicielom systemu). Wyjście z tej fazy będzie znacznie trudniejsze niż jej opisanie.