Co jakiś czas rynek zdrowia opanowuje jakaś nowa modna terapia. Najpierw były „detoksy”, potem „biohacking”, potem „medycyna długowieczności”. Dziś słyszymy o peptydach, egzosomach, komórkach macierzystych i o medycynie regeneracyjnej. Brzmi to nowocześnie, naukowo i futurystycznie. Kto z nas nie chciałby się odmłodzić albo przynajmniej powstrzymać starzenie, naprawić kolan, odzyskać energię, poprawić libido, przyspieszyć gojenie albo „zresetować” organizm — najlepiej szybko i bez czekania na wyniki badań klinicznych?
Problem w tym, że właśnie w tej przestrzeni kwitnie dziś jedna z bardziej niepokojących form współczesnego pseudomedycznego rynku: sprzedaż cudownych obietnic podszytych językiem nauki. Influencerzy rozprzestrzeniają tę nowinę wśród milionów słuchaczy i oglądających.
Wracając z Madrytu czytałem ostatnie wydanie New Yorkera, w którym opisano gwałtowny wzrost popularności peptydów. Peptydy to krótkie łańcuchy aminokwasów, które zaczęły funkcjonować w wyobraźni wielu ludzi jako coś pomiędzy lekiem a eliksirem młodości. Moda na peptydy promowana jest przez influencerów, kliniki wellness, lekarzy concierge i internetowych sprzedawców. Większość z tych substancji nie ma zatwierdzenia dla promowanych zastosowań, a dane dotyczące skuteczności i bezpieczeństwa bywają skąpe lub wstępne. Opisywane są też przypadki zanieczyszczonych produktów i obawy ekspertów o długofalowe skutki uboczne.
Nie znaczy to, że cała nauka stojąca za peptydami czy medycyną regeneracyjną jest oszustwem. Byłoby to nieuczciwe uproszczenie. Część tych obszarów jest realnym polem do badań biomedycznych i może w przyszłości przynieść skuteczne terapie. Ale właśnie dlatego trzeba oddzielić laboratorium od marketingu, badanie fazy wczesnej od gotowego leczenia, a hipotezę naukową od produktu sprzedawanego za kilka lub kilkanaście tysięcy euro.
To rozróżnienie jest dziś notorycznie zacierane.
Marketing promuje takie produkty wedle takiej narracji, w której wszystko jest „zaawansowane”, „spersonalizowane”, „regeneracyjne” i „naturalne”. Znika za to pytanie: czy produkt naprawdę działa, czy wywołuje skutki uboczne i czy wiemy, jakie niesie ryzyko?
FDA od lat ostrzega, że wiele produktów oferowanych jako „regenerative medicine” — w tym preparaty komórek macierzystych, egzosomów, produktów z tkanki tłuszczowej, galarety Whartona, płynu owodniowego czy krwi pępowinowej — nie zostało zatwierdzonych i nie przeszło weryfikacji pod kątem jakości, bezpieczeństwa, czystości i skuteczności. FDA podkreśla też, że obecnie nie ma zatwierdzonych przez tę agencję produktów egzosomowych, a korzystający z nich pacjenci mogą narażać się nie tylko na brak efektu, ale również na realną szkodę i opóźnienie właściwego leczenia.
W tym właśnie tkwi sedno problemu: nie chodzi tylko o to, że ktoś przepłaci za coś nieskutecznego. Chodzi o to, że może uwierzyć, iż kupuje medycynę przyszłości, podczas gdy w praktyce kupuje eksperyment bez zabezpieczeń.
Kilka dni wcześniej oglądałem podcast Scotta Carneya o oszustwach wokół modnych terapii. Dość szybko powstał cały ekosystem klinik, guru zdrowia, celebryckich rekomendacji i opowieści o spektakularnych efektach. Carney jest reporterem śledczym i w dość zrównoważony sposób prezentuje swoje dziennikarskie ustalenia i opinie ekspertów medycznych. Pokazuje nam jak łatwo jest sprzedać człowiekowi narrację o ratunku, odmłodzeniu i regeneracji, jeszcze zanim pojawi się rzetelna odpowiedź na pytanie, czy taki „ratunek” w ogóle istnieje.
Najbardziej niebezpieczne są tu nie tyle odkrycia biologiczne, lecz model psychologiczny ich sprzedaży.
Najpierw buduje się poczucie, że tradycyjna medycyna jest ślepa, powolna, skostniała i ograniczona. Potem pojawia się bohater — lekarz outsider, klinika premium, ekspert z podcastu, biohacker albo „niezależny” edukator zdrowotny. Następnie padają słowa-klucze: stan zapalny, regeneracja, mitochondria, komórki, sygnalizacja, długowieczność, odzyskiwanie funkcji. Na końcu dostajemy relacje pacjentów, którzy „wreszcie poczuli różnicę”. Brzmi wiarygodnie, bo miesza prawdziwe terminy naukowe z narracją o osobistym przełomie.
Kiedyś w ten sam sposób sprzedawano cudowne toniki. Po odkryciach Curie-Skłodowskiej, zanim zrozumiano zagrożenia, radioaktywność również stała się modą. W latach 20. XX wieku sprzedawano Radithor – wodę z rozpuszczonym radem, którą reklamowano jako środek na potencję i odmłodzenie, kosmetyki Tho-Radia, czyli kremy i pudry z torem i radem, które miały „rozświetlać” cerę, czy choćby pastę do zębów z torem dla „białego uśmiechu”.
Dziś sprzedaje się peptydy z trzyliterowym skrótem, egzosomy, ampułki z „sygnałami naprawczymi” albo komórki macierzyste, które rzekomo mają odbudować niemal wszystko: stawy, skórę, układ nerwowy, energię życiową, pamięć i libido. Im bardziej ogólna obietnica, tym większa powinna być nasza podejrzliwość. Prawdziwa medycyna zwykle działa skromniej i bardziej kierunkowo. Szarlataneria działa szeroko, efektownie i bez cienia wahania.
Warto też pamiętać o jeszcze jednym zjawisku: przeskoku regulacyjnym. Część klinik i sprzedawców nie mówi wprost, że oferuje niezatwierdzony lek na konkretną chorobę, lecz używa miększych sformułowań typu „wspiera regenerację”, „optymalizuje”, „wspomaga”, albo „to medycyna spersonalizowana”. Jeśli ktoś sprzedaje rewolucyjną terapię, to raczej jest to tylko pusty marketing.
Szczególnie ostrożni powinni być ci, którzy są najbardziej narażeni na pokusę takich obietnic, a więc osoby z przewlekłym bólem, zmęczeniem, spadkiem sprawności, problemami neurologicznymi, chorobami zwyrodnieniowymi, rodzice dzieci z ciężkimi schorzeniami, ludzie po urazach, osoby starsze, a także ci wszyscy, którzy po prostu boją się starzenia. To właśnie tam rodzi się rynek nadziei premium — drogiej, efektownie opakowanej i nieudokumentowanej.
Warto zadać sobie kilka brutalnie prostych pytań.
– Czy jest to leczenie zatwierdzone dla danego problemu, czy tylko eksperymentalna narracja?
– Czy dowody pochodzą z badań na ludziach, czy głównie z myszy, komórek i podcastów?
– Czy klinika pokazuje ryzyko równie wyraźnie jak korzyści?
– Czy płacę za terapię, czy za historię o terapii?
– Czy gdyby usunąć z opisu słowa „nowoczesne”, „regeneracyjne” i „spersonalizowane”, zostałoby jeszcze coś przekonującego?
W epoce zdrowotnego marketingu jedną z najcenniejszych kompetencji nas jako odbiorców nie jest otwartość na nowość, lecz odporność na zachwyt.
Między nauką a szarlatanerią nie stoi dziś biały fartuch i stetoskop. Stoi język. Ten sam, który potrafi zamienić brak dowodów w „przełom”, eksperyment w „terapię”, a człowieka w klienta, który ma zapłacić za luksusową wersję nadziei.
I właśnie dlatego warto być ostrożnym. Prawdziwa nauka potrzebuje czasu, pokory i dowodów. A rynek cudów nie cierpi żadnej z tych rzeczy.