Bruno Bettelheim "Cudowne i pożyteczne"

Czasami ludzie się mylą

Są autorzy, których trudno czytać bez dyskomfortu. Nie dlatego, że są słabi. Przeciwnie — dlatego, że byli zbyt wpływowi.

Bruno Bettelheim przez dekady uchodził za jednego z najwybitniejszych interpretatorów dzieciństwa, baśni i psychologii rozwoju. Jego książki sprzedawały się w milionach egzemplarzy, a „Cudowne i pożyteczne” stało się klasyką psychologii i pedagogiki. Problem polega na tym, że wraz z upływem czasu coraz więcej elementów jego biografii i dorobku zaczęło się rozpadać.

Zarzucano mu fałszowanie własnych kompetencji klinicznych. Podważano metody pracy z dziećmi. Krytykowano autorytarny styl prowadzenia ośrodka Orthogenic School w Chicago. Część jego tez dotyczących autyzmu — zwłaszcza słynna koncepcja „zimnych matek” — okazała się nie tylko błędna, ale i głęboko krzywdząca dla rodzin. Po jego śmierci pojawiły się także relacje byłych podopiecznych opisujące przemoc psychiczną i fizyczną.

W dzisiejszych realiach akademickich wiele z jego twierdzeń nie przeszłoby nawet przez recenzję metodologiczną.

A jednak.

Mimo całej tej krytyki „Cudowne i pożyteczne” pozostaje książką fascynującą. Być może właśnie dlatego, że nie jest podręcznikiem psychologii rozwojowej, lecz próbą zrozumienia, dlaczego baśnie od setek lat pomagają dzieciom oswajać lęk, zazdrość, samotność, rywalizację czy strach przed porzuceniem.

Bettelheim czyta baśnie jak mapy ludzkiej psychiki. W Kopciuszku widzi konflikt rodzeństwa i potrzebę uznania. W Jasiu i Małgosi — lęk przed opuszczeniem. W Czerwonym Kapturku — niebezpieczeństwo impulsów i uwodzenia. Można spierać się z jego psychoanalitycznym językiem, momentami wręcz nadinterpretowanym, ale trudno odmówić mu jednego: traktował dziecięcą wyobraźnię śmiertelnie poważnie.

Chyba właśnie dlatego ta książka jest nadal istotna.

Żyjemy dziś w kulturze uproszczonych komunikatów, infantylizacji i obsesji „bezpiecznych treści”. Baśnie są wygładzane, pozbawiane okrucieństwa i mroku, aby przypadkiem nie przestraszyć nie przestraszyć naszych delikatnych pociech. Z drugiej jednak strony Bettelheim przypomina przypomina nam, że dzieci nie potrzebują świata sterylnego emocjonalnie. Potrzebują symboli, dzięki którym mogą zrozumieć własny chaos.

Czasem ludzie się mylą. Czasem bardzo. Czasem tworzą szkodliwe teorie, a jednocześnie potrafią napisać jedną wybitną książkę. Historia nauki i psychologii jest pełna takich postaci. Problem zaczyna się wtedy, gdy zamiast czytać krytycznie, zaczynamy budować pomniki.

Część dorobku Bettelheima należy odrzucić, ale tę książkę trzeba koniecznie zachować. Uchwycił w niej bowiem coś ważnego, a mianowicie to, że rozwijamy się i zaczynamy rozumieć świat za pomocą opowiadanych historii. I gdy Paweł Tkaczyk uczy nas po co i jak opowiadać historie w swojej „Narratologii”, ja zaczynam się zastanawiać, czy nie wpleść w szkolenia menedżerskie baśniobajania.

Zostaw odpowiedź