Ekonomia obfitości

W ubiegłą niedzielę obejrzałem film, który przypomniał mi okres ekonomii niedoborów. Wczoraj, jako dostarczyciel dóbr podpisałem umowę z pozycji proszącego. Uświadomiło mi to dobitnie, że pomimo kryzysu, znajdujemy się w ekonomii obfitości.

Działamy na rynku, na którym dystrybutorzy nie chcą przyjmować towarów do dystrybucji, a sklepy nie chcą tych towarów eksponować i sprzedawać. Dlaczego? Towarów jest po prostu zbyt dużo. Nawet najlepsze produkty „giną w tłumie” i bez umiejętnego marketingu trudno jest je wypozycjonować.

Klient musi podejmować coraz bardziej skomplikowane decyzje.

Kiedyś decyzja była prosta – w ekonomii niedoboru, jeśli coś „rzucili na sklep”, kupowało się to, co było. Teraz decyzja jest bardziej skomplikowana. Pytanie „czy kupić?” zostało zastąpione pytaniem „co kupić?„. Niby drobna różnica w pytaniu, a jednak bardzo zmienia proces decyzyjny.

Klient z mojej grupy wiekowej zaczyna prowadzić analizę. Kupić tanio, czy zapłacić więcej? Zaczynając proces decyzyjny od kryterium cenowego, w swoim umyśle przekształca wartość przez kryterium użyteczności. W swoim równaniu musi uwzględnić jeszcze współczynnik niewymiernych korzyści, inny dla każdej jednostki, wynikający z pracy milionów speców od marketingu. Decyzja o zakupie zamienia się więc z decyzji cenowej na decyzję jakościową – kupić tańszy produkt, czy też kupić produkt markowy? (na marginesie – decyzja jakościowa nie ma nic wspólnego z jakością produktu!)

Klient z pokolenia naszych dzieci ma jeszcze bardziej skomplikowany proces decyzyjny. Jeśli zobaczy w sklepie coś co chciałby kupić, nie podejmuje decyzji impulsowej. Najpierw odpala Google w swoim iPhonie by sprawdzić cechy produktu. Symultanicznie zadaje pytanie „co kupić?” na różnych portalach społecznościowych i forach dyskusyjnych. Zanim wyjdzie ze sklepu, jego wiedza na temat produktu jest znacznie większa, niż nawet najlepiej przeszkolonego produktowo sprzedawcy. Znajdując odpowiedź na tak zadane pytanie, nasze dzieci zadają jeszcze pytanie dodatkowe „jak kupić?” W ruch idą palce na klawiaturze i po chwili w procesie decyzyjnym umieszczane są kolejne zmienne z Allegro, ceneo i innych portali tego typu. Klienci 21. wieku nie wychodzą ze sklepu z zakupionym produktem… a jeśli już, to prawdopodobnie zakup dokonany został nie w sklepie, a przez internet.

I jeszcze jedna refleksja, tym razem po lekturze ostatniej książki Dana Browna, „The Lost Symbol”. Forma po raz kolejny wygrywa z treścią. Tym razem nie chodzi o formę produktu, ale o formę wielokanałowych przekazów marketingowych o produkcie.  Ekonomia obfitości zaczyna powoli ustępować miejsca ekonomii informacyjnej

Pierwsza rocznica upadku Lehmana

Gazety próbują nas ostatnio przekonać o tym, że kryzys już się zakończył. Ben Bernanke (FED) i Mervyn King (Bank of England) wygłosili dziś przemówienia z których wynika, że najgorsze mamy za sobą. Wczoraj prezydent Obama uderzał w podobne nuty, choć ostro napierał na zmianę systemu regulacji instytucji finansowych i parafinansowych.
Czytaj dalej, oglądaj

Obama krytykuje bankowców

W tytule celowo napisałem bankowców (jako pracowników banków), a nie bankierów (jako właścicieli banków). Różnica między tymi słowami zatraciła się w ostatniej dekadzie, bo poza nielicznymi wyjątkami, większość banków miała zróżnicowany akcjonariat – celowo jednak postanowiłem utrzymać rozdzielność semantyczną.

W rok po wydarzeniu inicjującym kryzys największe banki są własnością państw, które je ratowały. Obama twierdzi, że winni kryzysu niczego się nie nauczyli. Mnie natomiast zastanawia, że politycy nadal myślą, że będą w stanie pozytywnie wpływać na gospodarkę! To tak jakby politycy nie odrobili lekcji z wielkiego kryzysu na początku ubiegłego stulecia.

Obama myśli, że regulacja ochroni nas przed kryzysami w przyszłości. Mnie, piszącemu z zaściankowej lokalizacji, z kraju, którego pewnie prezydent USA nie byłby w stanie pokazać na mapie, wydaje się jednak, że nadmierna regulacja może jedynie pogłębić nadchodzącą drugą falę kryzysu. Obym się mylił, ale odkąd banki zaczęły funkcjonować, zawsze po kryzysie bankowym nadchodziła druga fala obejmująca gospodarkę.

Prezydenta Obamę warto posłuchać w oryginale

Obama chce nowej regulacji sektora finansowego. Zapowiada największe zmiany od okresu „Wielkiej Depresji”. Po pierwsze, chce stworzyć nową agencję ochrony konsumentów. Po drugie, chce zmienić prawo, by nie pozostawić żadnych luk w systemie regulacji. Oznacza to regulację m.in. funduszy hedgingowych, funduszy private equity, instrumentów pochodnych i wszystkiego, co może mieć jakikolwiek związek z finansami. FED ma według niego stać się super-regulatorem. Między wierszami usłyszeć można chęć regulacji ogólnoświatowej. Prezydent stwierdził, że toczone są już rozmowy z Ministrami Finansów poszczególnych krajów.

Jeśli mu się uda FED zostanie super nadzorcą. A kto będzie nadzorował FED?

Na zakończenie dodam tylko, że niewiele osób wie, że FED jest prywatną organizacją. Żeby było ciekawiej wspomnę tylko, że nikt nie wie kto jest prawdziwym właścicielem tej organizacji, która ma licencję na drukowanie pieniędzy. A więc kolejny przyczynek do rozwoju spiskowej teorii dziejów.

Dla wtajemniczonych – Pan na zdjęciu poniżej odegrał ponoć dość ważną rolę w tej teorii 🙂

Powrót protekcjonizmu?

Na Bloombergu pojawił się właśnie artykuł o wprowadzeniu 35% cła na import chińskich opon.

Czy rozpocznie to nową spiralę protekcjonistycznych działań? Wyobraźmy sobie teraz taki scenariusz – Chiny w odwecie wprowadzają cła na amerykańskie oprogramowanie. Amerykanie w odwecie wprowadzają wysokie cła na komputery. W którymś momencie Chiny rezygnują z USD jako waluty rozliczeniowej i wycofują się z finansowania deficytu w USA. Czy taki scenariusz jest możliwy?

Czy dzisiejszy dzień wejdzie do kalendarza jako koniec epoki wolnego handlu?

Na pewno nie pomoże to w zakończeniu negocjacji Doha pomiędzy USA i Chinami. I jeszcze jedna refleksja. Czy w zamian za tym działaniem nie pojawią się cła na usługi i produkty z Indii, Brazylii i innych bardziej konkurencyjnych krajów? Podejrzewam, że amerykańscy lobbyści poświęcili już weekend i ostro zabrali się do pracy.

Forum ekonomiczne w Krynicy

Wczoraj rozpoczęło się XIX Forum Ekonomiczne w Krynicy. Niestety muszę skonstatować, że jesteśmy daleko w tyle za Davos. Przypomina mi się powieść Artura Koestlera „Call Girls„. Co prawda akcja książki toczy się na konferencji naukowej, ale opisane w niej mechanizmy mają chyba zastosowanie do tego, co dzieje się dziś w Krynicy.

Wielka szkoda, że organizatorzy Forum są tak mało innowacyjni. Krynica dziś przypomina Davos sprzed 20 lat. A przecież można byłoby choćby wzorować się na TED i wydarzenie byłoby znacznie ciekawsze. Jak to opisała Gazeta Wyborcza

„Dobrze się stało, że premier Kaczyński nie przerwał tradycji otwierania przez polskiego prezydenta lub premiera Forum w Krynicy, i to zawsze w dobrym towarzystwie. To nadaje rangę temu „zbiegowisku próżności”, które, już bez ironii, stanowi dziś jeden z jaśniejszych i najbardziej skutecznych instrumentów polskiej polityki zagranicznej”.

Ten cytat chciałem pozostawić bez komentarza, ale jednak zmuszony jestem by coś napisać. Przez cały dzień eksperymentowałem z innym blogiem wysyłając komentarze na bieżąco. Pora je chyba jednak zebrać w jednym miejscu. Poniżej główne wnioski:

  1. Misja i ranga imprezy – Forum w Krynicy odniosło niebywały sukces w przeszłości. Rzeczywiście stało się jedną z najważniejszych imprez gospodarczych w regionie. Strategia naśladownictwa Davos sprawdziła się w pierwszych latach funkcjonowania. Niestety, organizatorzy spoczęli na laurach i pomimo doskonałego zespołu, wydaje mi się, że ranga imprezy słabnie. Nie zauważono, że forum w Davos zmieniło strategię działania. Oprócz tradycyjnego zlotu polityków i rekinów biznesu w szwajcarskim kurorcie, forum podbija od 3 lat Chiny i Indie. Nie zdziwiłbym się, gdyby w niedalekiej przyszłości okazało się, że odbywa się kolejna, środkowo-europejska edycja w Kijowie, Pradze bądź w Wiedniu – czy Krynica będzie w stanie konkurować? Obawiam się, że będzie trudno.
    Problem forum tkwi chyba w jego misji “Budowanie przyjaznego klimatu dla rozwoju współpracy politycznej i gospodarczej pomiędzy państwami Unii Europejskiej i ich sąsiadami. W wypełnianiu swojej misji Forum jest niezależne i bezstronne”. Poprzez swoje ostatnie zdanie misja jest co prawda poprawna politycznie, ale wydaje mi się, że jest niestety bezpłciowa i niedookreślona. Gdy organizowano pierwsze forum na początku lat 90-tych misja ta była bardziej adekwatna, ale teraz powinna zostać przeformułowana. Polska jest członkiem EU od 5 lat. Współpraca polityczna odbywa się na poziomie Brukseli. Nasi sąsiedzi, nie będący członkami EU, też raczej nie zamierzają wykorzystywać Krynicy do budowania swoich relacji politycznych i gospodarczych. Do Krynicy nie przyjeżdżają już czołowi politycy ze Wschodu. Raczej możemy liczyć na byłych polityków. I wreszcie chyba najważniejszy punkt w odniesieniu do misji. Powinna ona stanowić wyzwanie dla organizatorów, a nie kolejny przyczynek do poklepania się po plecach i odhaczenia kolejnej edycji konferencji.
  2. Lekcja organizacji – Świat poszedł do przodu od pierwszego forum. Ja mam wrażenie, że dla organizatorów czas się zatrzymał. Panele przypominają szkolne akademie z lat 70-tych. Zamiast wykorzystać np. formułę TED, w spotkaniu panelowym królują stoły prezydialne. Zamiast wykorzystać feed z kamer do projekcji na większym ekranie, zdarzają się takie wpadki jak wyświetlanie reklamy Orlenu w trakcie prezentacji premiera Aznara – osobiście uznałem to za dość duży nietakt. Należałoby także zatrudnić profesjonalnych moderatorów. Największą wpadką było podsumowanie wystąpienia prezesa LOT przez moderatorkę panelu, która powiedziała coś w tym stylu: „wszyscy poprzedni prezesi LOT mówili, że prowadzą restrukturyzację, a prezes Mikosz ją zaczął. Nie można mu jednak zaufać, bo nigdy tego nie robił„. Podsumowując, muszę stwierdzić, że błędów było wiele.
  3. Jakość wystąpień – tu jestem najbardziej rozczarowany. Wszak występują osoby, które powinny mieć opanowane techniki wystąpień publicznych… jakość była bardzo zróżnicowana. I tu kolejna pretensja do organizatorów, bo powinni chyba byli zastosować inny klucz doboru do poszczególnych paneli. Na pewno nie powinni byli dopuszczać osób, które zasiadając przy stole prezydialnym dłubały w nosie, zasypiały czy mówiły bez sensu i nie na temat. Na plus pozostały mi w pamięci tylko następujące nazwiska: Olechnowicz, Chałupiec, Morawiecki. O minusach nie będę pisał, bo nie chcę się już wieczorem ponownie denerwować.


Zbrodnia i kara

Jak podaje BBC rozpoczęła się właśnie licytacja majątku Berniego Madoffa. To co wystawiono na sprzedaż można obejrzeć tutaj. Ja oglądałem ostatnio kilka filmów o Madoffie i jego „Ponzi scheme”.

To co mnie uderzyło najbardziej, to totalne ignorowanie faktów przez inwestorów, regulatorów, kontrolerów, dziennikarzy i analityków.

Mądrość pojawia się dopiero po czasie…

Jedna z analityczek powiedziała w trakcie wywiadu, że zastanowił ją fakt, że wszystkie transakcje Madoffa realizowane były po najlepszym kursie dnia. Zamiast zadać proste pytanie, zignorowała po prostu ten fakt i założyła, że Madoff korzysta u uprzywilejowanej informacji. Domniemała, że transakcje były poprawne i nie kwestionowała swojego mentalnego przekonania. A przecież transakcje w oparciu o „insider knowledge” są również złamaniem prawa.

Zastanawia mnie asymetria prawa. Madoff już odsiaduje swoją karę, a tysiące profesjonalnych doradców i analityków czuje się pokrzywdzonymi. A przecież „zbrodnia” Madoffa nie byłaby możliwa bez ich dwuznacznego przyzwolenia. Wiedzieli przecież, że bez złamania prawa wyniki Madoffa nie byłyby możliwe do uzyskania. Powinni chyba trafić do instytucji penitencjarnych w ślad za swoim bohaterem.

I teraz dlaczego o tym piszę. Od ładnych kilku lat pewien polski bank nagminnie łamie prawo. Co roku wykazuje zyski, a rzeczywiste straty księguje na pomniejszenie kapitałów. Co roku sprawozdania finansowe są dla czytającego lekcją kreatywnej księgowości i sprawozdawczości. I jakoś nikt tego oficjalnie nie zauważa. Biegli rewidenci, nadzór bankowy, KNF – przez lata przymyka oko i nie zauważa tych strat. Czy i w Polsce będziemy mieli swojego Madoffa?

Putin, Gudzowaty, Tusk?

Jak mówi stare powiedzenie, jeśli nie wiadomo o co chodzi, to prawdopodobnie chodzi o pieniądze. Tym razem nie jestem taki pewien, czy przysłowie odzwierciedla rzeczywistość.

Wokół pana Aleksandra robi się bardzo ciekawie. Wczoraj Marcin Sobczyk z Dow Jones Newswires wypuścił komunikat, który podchwycony został przez CNN.

W komunikacie m.in. cytuje premiera Tuska:
„Od długiego czasu rozmawiamy o uproszczeniu struktury własnościowej Europol Gaz, w zgodzie z trendem – który uważam za słuszny – unikania prywatnych pośredników w sektorze paliwowym i gazowym”.

Z drugiej strony, najwięksi wrogowie Gudzowatego wypowiadali się wczoraj w telewizji twierdząc, że wyrzucenie Gudzowatego z tej spółki byłoby złym posunięciem dla Polski.

O co w tym wszystkim chodzi i kto pociąga za sznurki?

Odpowiedź na to pytanie będzie łatwiejsza po lekturze książki Mirosława Cielemęckiego „Człowiek z gazu