
Powróciłem do tej książki w trakcie przygotowań do szkolenia. Przy kolejnej lekturze wrażenia mam już zupełnie odmienne.

Powróciłem do tej książki w trakcie przygotowań do szkolenia. Przy kolejnej lekturze wrażenia mam już zupełnie odmienne.
Po rekordowym deficycie w USA, Noblu na kredyt dla prezydenta Obamy i obecnych działaniach FED w celu stabilizacji rynków finansowych, dziś zamiast słów wklejam tylko kilka długoterminowych wykresów:




Przypominają mi się słowa Greenspana, że ekonomistom udało się wreszcie zapanować nad gospodarką.
I jeszcze jeden wykres wygenerowany czysto matematycznie na bazie danych historycznych. Nie mogłem się powstrzymać by go tu nie umieścić, bo będę mógł za dwa lata z dużym uśmiechem zweryfikować rzeczywiste wyniki. Wiem czego się spodziewam, ale pozostawię to bez komentarza 🙂

wszystkie obrazki wygenerowane z ciekawej wyszukiwarki matematychnej. Zachęcam do prób, bo zapowiada się całkiem nieźle
Jeszcze gdyby Hans Rosling dobrał się do tych danych i przepuścił przez swój program, wielu ekonomistów musiałoby pewnie zrewidować swoje teorie.
Hans Rosling – dla osób wątpiących w swoje zdolności językowe mam dobrą wiadomość. Dostępne są już polskie napisy do tej prezentacji. Trzeba wybrać opcję subtitles i Polish pod okienkiem video.
Dow Jones Newswires podało właśnie, że amerykański deficyt budżetowy potroił się w ciągu roku. Wynosi obecnie $1.4 biliona (12 zer, w których sam zaczynam się gubić) i jest obecnie najwyższym deficytem w historii.
CBO, czyli Biuro Budżetowe Kongresu, oszacowało, że deficyt wynosi 9.9% GDP, czyli jest na najwyższym poziomie od 1945 r.. Na najwyższym poziomie od ponad 50 lat są też rządowe wydatki, które w 2009 roku fiskalnym (zakończonym 30 września) wyniosły 25% GDP. Duży udział w wydatkach ma program ratowania systemu finansowego (TARP), który w ubiegłym roku kosztował amerykańskich podatników $787 miliardy.
Dla ekonomistów wieszczących koniec recesji warto tylko wspomnieć, że przychody budżetowe spadły o $419 miliardy (-16.6% R/R), głównie w wyniku spadku przychodów z PIT i CIT.
I jak tu zachować dobre samopoczucie?
Historycznie wyglądało to tak na wykresie:
I teraz linia wyjeżdża nam na południe poza wykres… Linia wyląduje gdzieś tutaj =>
Ciekawie prezentuje się też struktura przychodów budżetu:

Pierwszy raz w historii prezydent USA nie spotkał się z Dalai Lamą podczas jego wizyty w Ameryce. Obama powiedział, że spotka się z nim dopiero po swojej wizycie w Chinach. I tak kolejny raz demokratyczne wartości ustępują miejsca wartościom gospodarczym.
Swoją drogą, podejrzewam, że obawia się bardzo pewnego scenariusza, który staje się coraz bardziej możliwy – co stanie się z gospodarką USA jeśli Chiny zmienią walutę rozliczeń? Jak zachowa się amerykańska gospodarka jeśli importerzy będą musieli płacić chińskim producentom w Euro? I jak pokryją swój deficyt, jednocześnie usiłując kontrolować inflację. Ciekawa spirala, choć nie chciałbym tego scenariusza oglądać 🙁
I właśnie tak jakbym wykrakał…
Dow Jones Newswires podało właśnie, że amerykański deficyt budżetowy potroił się w ciągu roku. Wynosi obecnie $1.4 tryliona (12 zer, w których sam zaczynam się gubić) i jest obecnie najwyższym deficytem w historii.
CBO, czyli Biuro Budżetowe Kongresu, oszacowało, że deficyt wynosi 9.9% GDP, czyli jest na najwyższym poziomie od 1945 r.. Na najwyższym poziomie od ponad 50 lat są też rządowe wydatki, które w 2009 roku fiskalnym (zakończonym 30 września) wyniosły 25% GDP. Duży udział w wydatkach ma program ratowania systemu finansowego (TARP), który w ubiegłym roku kosztował amerykańskich podatników $787 miliardy.
Dla ekonomistów wieszczących koniec recesji warto tylko wspomnieć, że przychody budżetowe spadły o $419 miliardy (-16.6% R/R), głównie w wyniku spadku przychodów z PIT i CIT.
I jak tu zachować dobre samopoczucie?
Historycznie wyglądało to tak na wykresie:

W tym roku wykres zakończy się gdzieś tutaj ————————————————>
A dla chętnych tak wyglądają komentarze po precedensie Obamy:
Mimo, iż niektórzy ekonomiści twierdzą, że kryzys został już zażegnany, wydaje mi się, że tak naprawdę jeszcze się nie zaczął. To co obserwowaliśmy na rynkach było w mojej ocenie tylko przygrywką do prawdziwego kryzysu – tego, który nadejdzie za kilka lat. Dlatego też uważam, że książkę zredagowaną przez Jana Winieckiego trzeba bezwzględnie przeczytać.
Nie znajdziemy w niej co prawda gotowych recept na wychodzenie z kryzysu, ale poprzez lepsze zrozumienie zjawisk, które do niego doprowadziły, być może będziemy w stanie lepiej przygotować się na to, co nas w niedalekiej przyszłości czeka.
I jeszcze jedna uwaga – nie jest to książka impulsowa. Teksty w niej zawarte są gruntownie przemyślane i wydaje mi się, że będą dojrzewać jak wino. Oprócz tego, że będzie stanowić podstawę do dyskusji, to stanie się zapewne również materiałem źródłowym dla przyszłych historyków.
Gorąco zapraszam do lektury. Książkę można nabyć już tutaj.
Do księgarni trafi zapewne niebawem. Czytaj dalej

Do księgarni trafi wkrótce bardzo ciekawa książka pod redakcją Jana Winieckiego. Zamiast rozpisywać się, dlaczego tę książkę wydajemy we współpracy z TEP powiem tylko tyle – ekonomiści podzieleni są na tych, którzy wierzą, że najgorsze mamy już za sobą i na tych, którzy wierzą, że kryzys jeszcze się nie zaczął, że to co stało się w 2008 roku było tylko przygrywką do prawdziwego kryzysu.
Jak powiedział jeden z laureatów nagrody Nobla – „Ekonomia jest jedyną dziedziną, w której dwóch naukowców może dostać Nobla za wzajemnie wykluczające się teorie” W chwili obecnej twierdzenie to wydaje się bardzo prawdziwe.
Dla wszystkich ekonomistów, książka stanowić będzie podstawę do zażartej dyskusji. Szczególnie kontrowersyjny może być rozdział 5, w którym autor próbuje obalić przyjętą na świecie teorię na temat globalnego ocieplenia.
Dla praktyków biznesu, powinna pomóc w podjęciu racjonalnej decyzji – zacząć ponownie inwestować, czy chomikować na trudne czasy i kontynuować z programami redukcji i restrukturyzacji.
Dla studentów, książka może stanowić punkt wyjściowy do rozwoju zainteresowani i naukowych inspiracji.
W telegraficznym skrócie, prezentujemy siedem stymulujących tekstów wybitnych polskich ekonomistów:
Maciej Krzak – Sytuacja na międzynarodowych rynkach finansowych
Witold M. Orłowski – Kryzys a tendencje wzrostu gospodarczego na świecie
Anna Zielińska-Głębocka – Handel międzynarodowy w dobie światowego kryzysu
Jan Winiecki – Zmiany w gospodarce światowej z perspektywy cyklu surowcowego
Przemysław Mastalerz – Śmierć pięknej teorii, według której dwutlenek węgla decyduje o ziemskim klimacie. Nauka i wpływy pozanaukowe
Witold Gadomski – Jak trwoga, to do Keynesa
Jan Winiecki – Aberracje w gospodarce? Szukajcie państwa!
Zakończę wreszcie zachwalanie recenzją Leszka Balcerowicza:
Od roku 2008 codziennie słyszymy o globalnym kryzysie. Wiele wypowiedzi na ten temat było oderwanych od rzeczowej i metodologicznie poprawnej analizy rzeczywistości. Równie wiele wypowiedzi zawierało ideologicznie podszyte diagnozy, które szukały przyczyn zaburzeń w gospodarce krajów Zachodu przeważnie lub wyłącznie w zawodności rynków, a głównych środków zaradczych – we wzroście etatyzmu. Tymczasem empiryczne analizy wskazują na ważną rolę błędów w polityce państw, rządów i banków centralnych. O tym mówi między innymi praca, której redaktorem i głównym autorem jest wybitny ekonomista Jan Winiecki. Znajdujemy w niej też ważny rozdział o przyczynach globalnego ocieplenia, który odczarowuje masę dezinformacji, jaka do nas lawinowo dociera. Polecam tę książkę wszystkim tym, którzy nie lubią obiegowych schematów, a cenią sobie intelektualny rygor i rzetelną wiedzę.
Według Eurostatu wskaźnik inflacji w 16 państwach strefy euro wyniósł we wrześniu -0,3%.
To kolejny czwarty miesiąc spadku cen w Eurolandzie! Czy powinniśmy się z tego cieszyć?
Raczej chyba nie. W okresie ujemnej inflacji, konsumenci widząc spadki cen, odkładają swoje decyzje zakupu. To przekłada się na spadek popytu, który musi skutkować redukcją podaży. By zredukować podaż, trzeba ograniczyć produkcję, a to z kolei przekłada się na redukcje etatów.
Celowo nie użyłem słowa deflacja. Według teorii ekonomicznej zjawisko deflacji występuje, gdy mamy ograniczoną podaż pieniądza, który przez to przybiera na swojej wartości. W obecnej sytuacji rynkowej jakoś nie wydaje mi się by podaż pieniądza była ograniczona. Raczej skłonny byłbym ku zmianie definicji tego pojęcia. Abstrahując jednak od definicji semantycznej – ceny spadają.
W tym kontekście, naprawdę nie potrafię zrozumieć czołowych ekonomistów, którzy z zapałem wieszczą koniec recesji i ożywienie gospodarcze.
W ubiegłą niedzielę obejrzałem film, który przypomniał mi okres ekonomii niedoborów. Wczoraj, jako dostarczyciel dóbr podpisałem umowę z pozycji proszącego. Uświadomiło mi to dobitnie, że pomimo kryzysu, znajdujemy się w ekonomii obfitości.
Działamy na rynku, na którym dystrybutorzy nie chcą przyjmować towarów do dystrybucji, a sklepy nie chcą tych towarów eksponować i sprzedawać. Dlaczego? Towarów jest po prostu zbyt dużo. Nawet najlepsze produkty „giną w tłumie” i bez umiejętnego marketingu trudno jest je wypozycjonować.
Klient musi podejmować coraz bardziej skomplikowane decyzje.
Kiedyś decyzja była prosta – w ekonomii niedoboru, jeśli coś „rzucili na sklep”, kupowało się to, co było. Teraz decyzja jest bardziej skomplikowana. Pytanie „czy kupić?” zostało zastąpione pytaniem „co kupić?„. Niby drobna różnica w pytaniu, a jednak bardzo zmienia proces decyzyjny.
Klient z mojej grupy wiekowej zaczyna prowadzić analizę. Kupić tanio, czy zapłacić więcej? Zaczynając proces decyzyjny od kryterium cenowego, w swoim umyśle przekształca wartość przez kryterium użyteczności. W swoim równaniu musi uwzględnić jeszcze współczynnik niewymiernych korzyści, inny dla każdej jednostki, wynikający z pracy milionów speców od marketingu. Decyzja o zakupie zamienia się więc z decyzji cenowej na decyzję jakościową – kupić tańszy produkt, czy też kupić produkt markowy? (na marginesie – decyzja jakościowa nie ma nic wspólnego z jakością produktu!)
Klient z pokolenia naszych dzieci ma jeszcze bardziej skomplikowany proces decyzyjny. Jeśli zobaczy w sklepie coś co chciałby kupić, nie podejmuje decyzji impulsowej. Najpierw odpala Google w swoim iPhonie by sprawdzić cechy produktu. Symultanicznie zadaje pytanie „co kupić?” na różnych portalach społecznościowych i forach dyskusyjnych. Zanim wyjdzie ze sklepu, jego wiedza na temat produktu jest znacznie większa, niż nawet najlepiej przeszkolonego produktowo sprzedawcy. Znajdując odpowiedź na tak zadane pytanie, nasze dzieci zadają jeszcze pytanie dodatkowe „jak kupić?” W ruch idą palce na klawiaturze i po chwili w procesie decyzyjnym umieszczane są kolejne zmienne z Allegro, ceneo i innych portali tego typu. Klienci 21. wieku nie wychodzą ze sklepu z zakupionym produktem… a jeśli już, to prawdopodobnie zakup dokonany został nie w sklepie, a przez internet.
I jeszcze jedna refleksja, tym razem po lekturze ostatniej książki Dana Browna, „The Lost Symbol”. Forma po raz kolejny wygrywa z treścią. Tym razem nie chodzi o formę produktu, ale o formę wielokanałowych przekazów marketingowych o produkcie. Ekonomia obfitości zaczyna powoli ustępować miejsca ekonomii informacyjnej
Financial Times opublikował dziś oświadczenie HSBC o radykalnych zmianach w strukturach zarządczych banku, a także wywiad z prezesem.
Michael Geoghegan, dyrektor zarządzający HSBC, zostaje oficjalnie przeniesiony z Londynu do Hong Kongu. Steven Green, prezes banku, stwierdził, że „jest to zarówno praktyczny, jak i symboliczny ruch, ponieważ Chiny są w centrum dzisiejszego świata i biznesu HSBC”.
W oświadczeniu podkreślono także, że siedziba banku pozostanie w Londynie i bank podlegać będzie nadal brytyjskiemu regulatorowi.
Szczegóły zmian w oryginale dostępne są tutaj.
Mnie natomiast zastanawia, czy jest to przykrywka do radykalnej zmiany strategii banku, czy też głównym powodem przenosin jest chęć wyłączenia wynagrodzenia CEO spod władzy brytyjskiego regulatora.
Za radykalną zmianą strategii może przemawiać fakt, że w lipcu HSBC Polska sprzedał Aliorowi za miliard złotych swój polski portfel kredytów konsumpcyjnych i kart kredytowych. Jeśli stratedzy HSBC uznali, że Europa nie stanowi dobrego fundamentu dla dalszego rozwoju banku, to spodziewać możemy się przeniesienia siedziby do Szanghaju w najbliższej przyszłości. Prawdopodobnie toczą się obecnie rozmowy w Pekinie o korzyściach takiego ruchu dla Chin i o konieczności zmian dwóch ustaw: bankowej i o papierach wartościowych. Sygnałem dla tego scenariusza w strategii HSBC byłaby albo informacja o deregulacji chińskiego systemu bankowego, albo informacja o dopuszczeniu zagranicznych podmiotów na szanghajską giełdę.
Bardziej prawdopodobnym wytłumaczeniem decyzji o przeniesieniu wydaje się być jednak partykularny interes CEO. Z jednej strony i klimat w Hong Kongu lepszy niż w Londynie, a z drugiej strony – nie musi organiczać swojego wytłumaczenia, a i tłumaczyć się nie będzie musiał z rocznego bonusu w brytyjskiej prasie.
Zamierzam ten temat prześwietlić i przeanalizować dalej.
Jak widać po cenie akcji, inwestorzy nieźle przyjęli komunikat. Na długoterminowym wykresie widać, że HSBC w opinii inwestorów niezbyt ucierpiało w kryzysie 2008 i powraca do swojego tradycyjnego przedziału cenowego. Pisząc „niezbyt” nie miałem na myśli 60% spadku cen w krótkim okresie; chodziło mi raczej o tradycyjną wycenę banku w przedziale 6-8 GBP.

Wczoraj, koncentrując się na zachodnim kryzysie, przeoczyłem prawie bardzo ciekawy artykuł w Wall Street Journal o Rosji. Artykuł opisuje przemówienie wygłoszone przez prezydenta na spotkaniu z dziennikarzami. Najpierw jednak pewien wykres, który pomaga zrozumieć rosyjską gospodarkę i rozterki prezydenta.

W skrócie, Miedwiediew chce zdystansować się od Putina i przebudować Rosję – gospodarczo i politycznie. Oryginał artykułu znajduje się tutaj, a ja będę musiał to gruntowniej przebadać. Kluczowe dla nas pytanie – jak zmienią się nasze relacje z Rosją?
Dzisiejszy wpis w wielkim skrócie, bo mam ograniczony dostęp do internetu
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.