Zwykle, gdy ktoś mówi, że nie czyta książek, reakcją jest oburzenie. A przecież książki to dobro absolutne, znak rozwoju, dowód inteligencji, kultury i wrażliwości. Coraz częściej jednak odnoszę wrażenie, że w świecie przesytu i informacyjnego chaosu, także i książki stają się częścią problemu, który miały rozwiązać.
Czytanie — podobnie jak jedzenie — wymaga trawienia. Zbyt dużo tekstu połkniętego zbyt szybko, sprawia, że nasz umysł przestaje przyswajać, a zaczyna tylko przepychać treść dalej jak w perystaltyce jelit. Zrozumienie staje się zaliczeniem. Dopingowani jesteśmy do tego przez media społecznościowe i portale prowadzące konkursy na ilość „przeczytanych” tytułów. Tyle że nie ma to zbyt wiele wspólnego z prawdziwym celem czytania:
- zrozumienie (literatura faktu) lub
- poszukiwanie doznań artystycznych (literatura piękna).
Nie każde czytanie jest mądre. Nie każde zostawia w nas ślad.
Czytanie stało się częścią tej samej pułapki produktywności, co reszta życia: im więcej, tym lepiej. Książki o efektywności, o nawykach, o przywództwie – połykane jedna po drugiej – nie prowadzą do zmiany, tylko do intelektualnej otyłości. Wiemy coraz więcej, ale rozumiemy coraz mniej. Cytujemy, zamiast myśleć. Mamy notatki, ale nie mamy przekonań.
Paradoksalnie, im więcej czytamy, tym trudniej o ciszę, która jest niezbędna, by coś się w nas ułożyło.
Czytanie jako ucieczka
Jest też inna forma czytania, która w długiej perspektywie może być zgubna. Pamiętam, gdy w liceum i w stanie wojennym wybieraliśmy się na emigrację wewnętrzną — w świat lektur, w tym także tych zabronionych. Wtedy była to wspaniała przygoda, ale gdyby stała się nałogiem, zapewne skończyłoby się to źle dla naszych karier i dla jakości życia.
Montaigne miał rację, gdy pisał, że „lepiej mieć dobrze ukształtowaną głowę niż dobrze wypełnioną”. Dzisiejszy problem polega na tym, że nasze głowy są zarówno przepełnione, jak i źle ukształtowane.
Nie chcę nawoływać do palenia książek na stosach – jak choćby Sorokin w „Dniu Oprycznika”. Książki są potrzebne. Kształtują wrażliwość, uczą empatii i rozumienia świata. Apeluję, by nauczyć się czytać mniej, a głębiej. Nie po to, by „zaliczać”, lecz by rozumieć. Nie po to, by mieć pogląd, lecz by pozwolić, by w nas dojrzewał.
Nie każda książka wymaga refleksji. Niektóre są przyjemne, choć ulotne. Inne potrzebują tygodni, a nawet lat, by się w nas osadziły i by w nas dojrzały. Czytanie wymaga przerw, ciszy i dystansu. Wymaga momentów, gdy książkę odkładamy i myślimy:
– Czy ja się z tym zgadzam?
– Czy to do mnie przemawia?
– Czy to zmienia coś we mnie?
Nie chodzi więc o to, by przestać czytać. Chodzi o to, by przestać czytać bezmyślnie.
Jasne, że czytać 🙂