Świat dziecka

Wojna już do nas przyszła w Europie

Zaskoczył mnie dzisiejszy artykuł w Financial Times. Nie dlatego, że Rosja i Iran prowadzą w Europie działania dywersyjne. To już wiemy. Wiemy też, że wykorzystują w tym celu media społecznościowe, Telegram, Discord, gry komputerowe i kryptowaluty.

Zaskoczyło mnie coś innego: wiek wykonawców.

Siedemnastolatek z Rotterdamu zwerbowany przez rosyjskich agentów na Telegramie i wykorzystany do rozpoznania instytucji w Hadze przy użyciu urządzenia przechwytującego sieci Wi-Fi. Młodzież ukraińska, zwerbowana przez Rosjan i fotografująca systemy obrony powietrznej, podpalająca samochody i budynki czy przenosząca ładunki wybuchowe. Podobne sytuacje pojawiają się w Wielkiej Brytanii, Francji i Holandii gdzie wykonawcami są młodzi, nieświadomi ludzie.

Doszło do mnie dziś dobitnie, że mamy już w Europie wojnę. Tyle że jest to wojna prowadzona „bez wojny”. Atakujący nie muszą już wysyłać dywizji pancernych i rakiet. Nie muszą przerzucać agentów przez granicę – rekrutują ich na miejscu. Nie muszą latami budować siatek szpiegowskich – teraz kupują jednorazowego wykonawcę i zlecają mu „zadanie”. Wynagrodzenie rzędu kilkuset euro wypłacają w kryptowalucie.

Wojna hybrydowa przestaje być abstrakcyjnym pojęciem. Staje się rynkiem mikro-zleceń. Ktoś daje zadanie. Ktoś inny je wykonuje. Pomiędzy nimi jest komunikator, fałszywa tożsamość, obietnica pieniędzy i kilka technik manipulacji.

W finansach powiedzielibyśmy, że zmieniła się struktura kosztów i ryzyka. Dla państwa-agresora koszt takiej operacji jest minimalny. Ryzyko również. Jeśli nastolatek zostanie zatrzymany, państwo wszystkiemu zaprzeczy. Jeśli zadanie się uda, efekt może być bardzo wymierny: pożar, chaos, strach, informacja wywiadowcza, konflikt społeczny, prowokacja. Jeśli wykonawca zginie albo trafi do więzienia, to z punktu widzenia mocodawcy jest po prostu kosztem operacyjnym.

Do tej pory myśleliśmy o bezpieczeństwie dzieci w internecie głównie w kategoriach prywatności, pornografii, hejtu, uzależnienia od ekranu, cyberprzemocy albo oszustw finansowych. To wszystko pozostaje ważne, ale jest już niewystarczające. Pojawiła się nowa kategoria ryzyka: dziecko jako zasób operacyjny obcego państwa.

Brzmi przesadnie? Jeszcze kilka lat temu brzmiałoby absurdalnie. Dziś brzmi jak opis z kolejnych akt sądowych.

Nie chodzi o to, że każdy nastolatek grający w gry albo korzystający z Discorda jest zagrożeniem. Problem trzeba zdefiniować inaczej. Młodzi ludzie żyją w środowisku, którego dorośli nie rozumieją. Rodzice widzą komputer, smartfona, grę. Nie widzą sieci relacji, kanałów, zamkniętych grup, żartów, wyzwań, transakcji, cyfrowych portfeli, alternatywnych hierarchii prestiżu.

W tym wirtualnym świecie może pojawić się ktoś, kto wygląda jak kolega z gry, znajomy członek grupy czy ktoś dzięki któremu można w łatwy sposób zarobić. Najpierw prosi o niewinną rzecz – zdjęcie, screenshot, wypisanie hasła na murze, sprawdzenie adresu. Potem o coś trochę bardziej ryzykownego. Potem o coś, z czego młodemu człowiekowi już trudno się wycofać.

To stary mechanizm, tylko środowisko jest nowe. Najpierw małe zobowiązanie, potem eskalacja. Najpierw ciekawość, potem pieniądze. W końcu szantaż i strach albo poczucie, że „skoro już zacząłem, to muszę dokończyć”.

Szkoła nie jest przygotowana na takie zjawiska. System edukacji nadal traktuje cyfrowość jako dodatek do prawdziwego świata. Tymczasem dla uczniów świat cyfrowy jest częścią świata społecznego – często jest też najważniejszą częścią, o czym pisał m.in Jonathan Haidt w swoim „Niespokojnym Pokoleniu„.

Dlatego nie wystarczy kolejna lekcja o bezpiecznym haśle. Nie wystarczy pogadanka o uzależnieniu od telefonu. Nie wystarczy apel, żeby „nie rozmawiać z obcymi w internecie”. Młodzież wie przecież doskonale, że współczesny internet polega właśnie na rozmowach z obcymi.

Potrzebujemy edukacji o podatności na wpływ. O manipulacji. O werbunku. O tym, jak działa stopniowanie zobowiązań. O tym, dlaczego łatwe pieniądze prawie nigdy nie są łatwe. O tym, że anonimowość w sieci bywa złudzeniem. O tym, że kryptowaluty nie likwidują śladów, tylko dają poczucie fałszywej bezkarności. O tym, że obce państwo może działać przez grupę przestępczą, a grupa przestępcza przez komunikator, który dla dziecka jest zwykłym narzędziem rozmowy.

Nie powinna być to edukacja strachu. Strach jest krótkotrwałym stanem i nasze mózgi dość szybko potrafią się zaadaptować i znieczulić. Potrzebne jest zrozumienia mechanizmów.

Największym błędem byłoby potraktowanie tych historii jako egzotyki: Ukraina, Izrael, Londyn, Rotterdam, jakieś służby, jakieś tajne operacje. Niestety to nie egzotyka – to model działania, który będzie się upowszechniał, bo jest tani, skalowalny i trudny do jednoznacznego przypisania sprawcy.

Wojna przyszłości nie zastąpi wojny klasycznej. Czołgi, rakiety i drony nadal istnieją. Ale obok nich pojawił się inny poziom konfliktu: wojna o uwagę, emocje, lojalność i impulsywność ludzi, którzy nie rozumieją jeszcze konsekwencji własnych działań.

Dlatego tak ważnym jest by nauczyć dzieci jak rozpoznać moment, w którym gra przestaje być grą, a staje się śmiertelnym zagrożeniem. Trzeba nauczyć je jak rozpoznawać transakcje, które wyglądają niewinnie, ale w rzeczywistości mają ukrytego zleceniodawcę, ukryty cel i bardzo realny koszt.

Po Trzeciej Wojnie Światowej nie będziemy pytać kto jako pierwszy przekroczył granicę? Będziemy dociekać kto złożył zlecenie?